• Wpisów:7
  • Średnio co: 9 dni
  • Ostatni wpis:70 dni temu
  • Licznik odwiedzin:577 / 78 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Jutro wychodze ze szpitala. Tylko weekend w domu, mam nadzieje ze go przetrwam. Pozniej dalej terapia.
Zaczynam wpierdalac jak swinia, co popadnie, ciagle jem az mi niedobrze, ale tego nie wymiotuje. Znowu przytyje, nie moge sobie na to za bardzo pozwolic, bo mam rozwalony kregoslup i bedzie coraz gorzej.
Przeczytalam "Mama klamie". Super ksiazka, polknelam w 3 dni. Jesli ktos lubi cos pod psychologiczny thriller to polecam.
Boje sie przytyc, bo znowu nie bede miala ubran.
Najpierw psychika, pozniej fizycznie.
Musze sie trzymac tej mysli, tej kolejnosci.
Nie moge za duzo na siebie nalozyc, juz nie teraz, juz jest za pozno, za duzo czasu stracilam na umieraniu.
Kiedy zaczne zyc?
  • awatar Nutelia: w każdej chwili można zacząć żyć, nie bierzesz żadnych leków?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
W nocy skonczylam czytac "zapisane w wodzie". Chyba z 2 miesiace to czytalam. Problemy z koncentracja.
Ksiazka jak na moj obecny umysl zagmatwana, kazdy rozdzial z innego punktu widzenia, chociaz podziwiam autorke ze sie w tym nie pogubila. No i jak zwykle nieoczekiwane zakonczenie. Ciezko sie bylo dokladnie domyslic. Nie wiem ktora ksiazka lepsza, dziewczyna z pociagu czy ta. W kazdym razie lepiej czytac nic nie czytac, szczegolnie bedac w psychiatryku.

W zasadzie to nie mam komu powiedziec nawet tak durnej rzeczy, ze skonczylam czytac ksiazke. Samotnosc to taka ciezka trwoga?
 

 
W szpitalu nie ma cieplej wody i nie bedzie przez nastepne kilka dni. Trzymala mnie silna deprecha, wiec poszlam sie umyc. Smiali sie ze mnie ze jestem morsem. Ale umylam sie, ledwo przekonalam cialo do mojego pomyslu. Gdy juz stalam cala pod deszczem zimnej wody zaczelam czuc ze zyje. Wszystko puscilo.
Kiedys bardzo bliska mi osoba robila mi taka kuracje jak zaczynalam sie zle czuc. Czuje spory sentyment do tego zachowania.
Gdy zalejesz klatke piersiowa i plecy lodowata woda zaczyna brakowac tchu. I chyba o to w tym chodzi.
Dzis znowu czuje sie coraz gorzej, moze wlaze do wody?
 

 
Mam 170cm wzrostu. Obecnie wygladam jak wieloryb. Wygladam tak przez skutki uboczne lekow, chorobe i wlasne niedbalstwo. Chociaz moge sie bronic, nie musialam wpierdalac jak swinia, zeby tyc. Z poczatku to byly obrzeki - "zejda". Pocilam sie, nie miescilam stop w buty, zmienili leczenie, ale nie umieja trafic w to samo tzn zebym sie dobrze czula. W dupie mam wyglad.
Od dziecka bylam tlusciutka, mialam wyrosnac, ale cos nie wyszlo. Troche obwiniam mame, ktora stosowala na 11 letniej dziewczynce diete dukana itp. Metabolizm juuz wtedy musial padac.
Cale gimnazjum meczylam sie z proana i bulimia. Schudlam, wygladalam ladnie, a w lustrze widzialam swinie. Teraz patrze na te zdjecia, na zapiski dat i wagi, pomiarow obwodu. I szkoda mi tej dziewczyny. Teraz nie ma to zadnego znaczenia, kogo obchodzi ile wazylam 23 marca 2k14? Nie umialam sie docenic, ani kochac. Wazylam ciagle za duzo. Tylko nigdy nie bylo tej wlasciwej wagi i nigdy jej nie osiagnelam, bo wpadlam w wir bulimii. Ona przekreslila wszystko. Nie umialam normalnie jesc. Albo napad albo glodowka. Ciagla zlosc na siebie. Skonczylo sie chudniecie. Wyszlam z tego, nie wiem jak. Z pewnoscia pomogl instagram i tamta spolecznosc jak i dzialalnosc wilczoglodnej. Jednak dalej sie zdarza, ze sie nawpierdalam. I to juz chyba zostanie w czlowieku.
Teraz moim glownym celem jest wyzdrowiec psychicznie. Pozniej wrocic do normalnego trybu zycia i zajac sie zbijaniem masy. Pewnie waze kolo 100kg, ale oprocz wzgledow zdrowotnych mam w to wyjebane.
 

 
Najchetniej bym sie zabila albo chociaz pociela. Juz 3 dzien trzyma mnie coraz mocniej totalna deprecha. Pojscie siku to wyzwanie, najchetniej bym zniknela. Jezeli cos sobie zrobie to pojde na dol na obserwacje ( same ciezkie przypadki, straszny widok) a w dodatku nie pojade na terapie na ktora czekam juz ponad pol roku. Racjonalne myslenie stara sie wygrac. Ale ja wciaz widze lustro w lazience, ktore tlucze sie na kawalki robiac mi glebokie rany.
Chce cos poczuc, w koncu, poza pustka, bezradnoscia, niechecia, zmeczeniem.
Jeszcze tydzien do osrodka terapeutycznego. Moze warto poczekac. Zamkna mnie na 3 lub 6 miesiecy. Jak to nie zadziala to podejme ostateczna, skuteczna probe samobojcza i dam sobie spokoj ze wszystkim.
Sama nie wiem co wole, jest mi obojetne
 

 
Dlugo sie zastanawialam nad stawieniem sie do izby przyjec. Kazdy dzien byl meczarnia a z nocy na noc bylo coraz ciezej wytrwac, zeby sie nie zabic. Decyzja byla w koncu spontaniczna. Mialam dosyc bycia w domu, czulam sie jakbym umierala. Skierowanie mialam juz dawno wypisane, wiec problemem byla tylko podroz do szpitala. Wybralam zupelnie inne miasto, zeby byc z dala od rodzicow i wszystkiego.
Pierwsze wrazenie bylo tak pozytywne, ze sama bylam w szoku. Ludzie serdeczni, pomagali, tlumaczyli. Szybko zaprzyjaznilam sie z kobietami z pokoju. Kazdy mimo swojej choroby chcial pomoc. Z poczatku nie widzialam zadnych wad, samopoczucie duzo lepsze niz w domu. Czulam sie bezpiecznie. W koncu.
Jestem tu juz 3 tygodnie. Ludzie przychodza, odchodza, na niektorych trzeba uwazac, ale malo jest niebezpiecznych przypadkow. Trafilam na spokojny oddzial. Sluzba jest rozna. Nie raz byly tu rozne paranoje, dziwne zachowania pielegniarek. Trzeba bylo pilnowac jakie leki daja, bo czesto sie myla. Jedzenie jest paskudne, tzn po 3 tygodniach juz wszystko umiem zjesc.
Zostaly 2 tygodnie do przyjecia mnie na oddzial terapeutyczny. Strasznie sie zastanawiam, czy wole przeczekac je w szpitalu, czy wrocic do domu. Bylam raz na 3 dniowej przepustce i tylko marzylam o tym, zeby sie zabic. Jednak szpital dobija, ta sama sala z 7 osobami, ograniczone wyjscia, brak normalnego sklepu. Jestem drazliwa na niektore osoby i tylko czekam az wyczerpie mi sie cierpliwosc i wlaczy sie agresja.
Umiem sie w koncu skupic, nadrabiam material z drugiej liceum, obecnie biologie. Jestem tym zachwycona i daje mi to duzo nadziei na lepsza przyszlosc.
Oczywiscie szpital obiecywal terapie, zajecia, rozmowy z psychologiem. U psychologa bylam raz, wczoraj. Dostalam testy do wypelnienia i wlasciwie sami musimy sobie znajdowac zajecia.
Jezeli ktos sie zastanawia, czy szpital pomoze, to moja odpowiedz brzmi tak, o ile chodzi o ustawienie lekow. No i swiety spokoj. Chociaz pacjenci pomagaja, robi sie sama z siebie terapia grupowa.
 

 
Chcialam nakreslic sytuacje, a raczej intencje bloga. Wszystko co tu napisze wydarzylo sie w moim zyciu. Mysle, ze jezeli napisze to publicznie to w koncu zamkne pewien rozdzial w moim zyciu, uporam sie z przeszloscia. Mowia, ze przy terapii nie trzeba wygrzebywac syfu, ale ja mysle ze jest mi to potrzebne. Obecnie jestem w szpitalu psychiatryczym. Moze udzielicie mi rozgrzeszenia, moze ktos cos wyniesie z mojej pisaniny, moze jest ktos kto tak jak ja nie moze zebrac sie do kupy. Nie naleze do pomocnych osob, tzn uwazam ze nie umiem pomagac, ale w razie czego czekam na prywatne wiadomosci. W kupie sila